Wróciliśmy!

W piątek, 20. lipca Łasica w składzie Alek i Przemek oraz z gościnnym udziałem Kamila z Dzika wróciła z obozu Sielpia Wielka 2012! Działo się naprawdę wiele, długo by to opisywać, jeżeli kiedyś któryś z naszych harcerzy będzie miał odpowiednio dużo czasu i weny, nie omieszkamy tego zrobić, natomiast teraz zapraszamy do przeczytania niepublikowanego wcześniej na tej stronie materiału z poprzedniego obozu, Janowice 2011- relacji Alka.

To dopiero początek!

Postawiłem stopę na ziemi. Jeszcze zładowanie sprzętu, kilka pożegnań, i obóz PuSZczy Lubelskiej Janowice 2011 zostanie już definitywnie zakończony. Pożegnamy świat „Gwiezdnych Wojen”. Zostaną tylko zdjęcia, doświadczenie, trochę sprzętu (który zaplątał się podczas pakowania – trzeba będzie znaleźć właścicieli). I wspomnienia. One zwłaszcza, bo to był dopiero obóz ( a nawet Obóz)!
Zaczęło się jak zawsze – pioniereczka, chociaż tę mogę oficjalnie zakwalifikować jako NDPwMŻ (Najbardziej Deszczowa Pionierka w Moim Życiu). Każdy jednak, kto plótł prycze wśród rzęsistych opadów, musi przyznać, iż ta czynność ma swój specyficzny urok i na długo zapada w pamięć.
Po trzech dniach z kawałkiem oraz zbudowaniu kilku mniejszych i większych budowli, udaliśmy się na INO. W tym wypadku pogoda także dopisała i kiedy podczas szukania jednego z punktów mieliśmy okazję zaobserwować drzewa trzeszczące nad naszymi głowami, postanowiliśmy poszukać schronienia. Znaleźliśmy je w pierwszym domu, do którego zapukaliśmy (cóż, życzliwość ludzi plus magia munduru czynią cuda). Po względnym uspokojeniu się pogody kontynuowaliśmy grę; nawet jacyś zupełnie obcy ludzie zrobili nam zdjęcia. Może to dlatego, że idąc po ulicy, od pasa w górę, mieliśmy na sobie tylko chusty, ale sami rozumiecie – koszule mundurowe były przemoczone. Przecie niezdrowo chodzić w mokrym.
Następnego dnia było eksplo. Mój zastęp wyruszył grzecznie do Uściąża i tam został przyjęty przez bardzo miłe małżeństwo. Ciekawe było to, że ta miejscowość leży w powiecie Opolskim, którego stolicą jest nie co innego, jak najcudowniejsze miasto na świecie – Opole Lubelskie, mała ojczyzna mojego zastępu. Byliśmy więc przyjęci właściwie przez swoich. Następnego dnia większość zastępów spotkała na Mszy Świętej w Kazimerzu Dolnym. Po niej staraliśmy się głosić przesłanie skautowe, ale, hmm… no naprawdę się staraliśmy! Po wyżej wymienionych próbach, udaliśmy się na bulwar wiślany, by tam poczekać na piękną gondolę (promy nie kursowały z powodu wysokiego stanu wód). Po przeprawie przez „królową polskich rzek” udaliśmy się grzecznie do obozu, by zbierać siły na następny intensywny dzień.
Kolejnym punktem programu była olimpiada. Emocje godne były Igrzysk Olimpijskich (swoją drogą – „2011 Summer Olympics Janowice” to brzmi dumnie, czyż nie?). Turnieje: piłki nożnej, Manzo (w którym moja ukochana Łasiczka zdobyła drugie miejsce) i zapasów (w którym drużynowo mamy pierwsze miejsce) zgromadziły doborową widownię. Jednakowoż największe emocje miały dopiero nadejść – na ognisku wieczorem był zawody w jedzeniu cebuli na czas. Najpierw zjadłem półtora główki w przeciągu jakichś dwóch minut, a następnie w finale jedną w około pięć. Kiedy niedawno na stołówce szkolnej była sałatka z tym szlachetnym warzywem, odkryłem, że nadal odczuwam do niego wstręt (ale zjadłem).
Następny dzionek powitał nas biegiem patrolowym. Idąc po znakach, mieliśmy najróżniejsze zadania: od położenia na łopatki jednego z wędrowników, trenującego brazylijskie jiu-jitsu, poprze pierwszą pomoc rannemu, który utrzymywał, że spadł z jabłoni, zbierając szyszki, aż po zrobienie trybularza z dostępnych materiałów, po wcześniejszym odczytaniu wiadomości , zapisanej przy pomocy alfabetu Morse’a. Ta ostatnie misja miała zaopatrzyć nasz obóz w kadzielnice, aczkolwiek nie do końca wyszło, ponieważ większości zastępów za tworzywo posłużyły znalezione puszki po farbie lub piwie.
Środa i czwartek przyniosły nam Wielką Grę. Po początkowej fazie zbierania profitów, które przydały nam się podczas decydującego starcia, każdy zastęp dostał mapkę i wyruszyliśmy, by znaleźć punkt wyznaczony nam na nocleg. Otrzymaliśmy trochę talarów, waluty, którą dostawaliśmy także za osiągnięcia na Biwaku Majowym i teraz mogliśmy ją spożytkować (albo nie, ale to by nie miało sensu). Mogliśmy ją zdobywać także na innych zastępach (nie wiadomo dlaczego działało to jednak w obie strony i inne zastępy mogły zdobywać na nas). Służyły do tego celu specjalne kije owinięte połową karimaty, będące naszymi mieczami świetlnymi. Walki odbywały się w systemie zastęp na zastęp i kiedy ostatni wojownik jednego z nich odpadał (otrzymując dwa trafienia), pokonani musieli płacić zwycięzcom. Po dotarciu na miejsce noclegu rozlokowaliśmy się i wyruszyliśmy z mapą na nocne poszukiwania trzech punktów, w których znajdowały się Sztandary Mocy. Znaleźliśmy jeden, ponieważ drugi nie znajdował się do końca tam, gdzie się spodziewaliśmy, a trzeci został już znaleziony. Po tejże czynności wróciliśmy do tymczasowego obozowiska i po kilku godzinach snu spotkaliśmy z resztą obozu, dostaliśmy śniadanie i zostaliśmy podzieleni na dwie drużyny – Sith i Jedi. Do tej ostatniej trafił mój zastęp. Po zakupie drobnej ilości gadżetów do walki za nasze ukochane talarki udaliśmy się na (przepraszam, ale na to nie ma lepszego słowa) NAWALANKĘ. Wśród malowniczych stawów PGRyb Janowice starło się dobro ze złem. Zło niestety wygrało, ale różnica nie była duża i w ostatecznym rozrachunku wygrało dobro wcielone w postaci SZ 52 Łasica.
Tak, nadszedł już czas. Czas na najtrudniejsze doświadczenie na całym obozie. Przynajmniej dla ZZ-u. Konkurs kulinarny. Walcząc z przejedzeniem, nasi dzielni zastępowi, niezmiernie się poświęcając, próbowali każdego dania. Każdego, kto się teraz uśmiechnął (resztę też, ale trochę mniej), chciałbym poinformować że na obozie było 15 zastępów. No. Nawet piątek nie uratował naszych bohaterów, ponieważ dostaliśmy dyspensę. Wygrał Puchacz z nuggetsami i sosem, które były tak dobre, że nie było mi dane spróbować. Nasze danie o kuszącej nazwie „Gar” zdobyło wyróżnienie.
Tegoż samego dnia obóz znajdujący się w odległości ok. 100 metrów od nas opuściła 11 Drużyna Lubelska FSE „Skała”, z którą mieliśmy wiele miłych doświadczeń (zwłaszcza w nocy i nad ranem). Razem też przeżywaliśmy Msze Święte. Na pożegnanie odbyliśmy mecz. Wygrali jednym punktem zdobytym w ostatniej minucie. Z racji że nadarza się taka możliwość, chciałbym z tego miejsca pozdrowić wszystkich chłopaków ze „Skały”.
W sobotę czekała nas chwila przerwy od obozowego życia- wyjechaliśmy autokarem do Sandomierza. Po zwiedzeniu części starówki, zbrojowni i sieci podziemnych tuneli dostaliśmy wymagającą misję, by zjeść obiad za 5 złotych, które dostaliśmy na każdego człowieka. W końcu udało nam się znaleźć knajpkę, która wyglądała jakby zaraz miał się tam pojawić informator z amerykańskiego filmu. Nie było to jednak zbyt ważne, ponieważ tam były pierogi po 5,50 za porcję. W dodatku były podejrzanie dobre jak na swoją cenę! Po spożyciu tego posiłku udaliśmy się z powrotem do autokaru i muszę powiedzieć, ze chyba nigdy nie widziałem, żeby prawie cały autobus tak szybko zasnął, jak w obie strony do Sandomierza. Za dużo sie jednak nie napatrzyłem, bo wkrótce sam zasnąłem. Moc dwóch tygodni na obozie.
W niedzielę wyruszyliśmy na pielgrzymkę wraz z Księdzem Grzegorzem, który przyjechał do nas poprzedniego wieczora. Robiliśmy asystę na mszy o 11:30 w kościele w Janowcu. Gdy wróciliśmy do obozu, chętni wyszli na rajdy. Mój czołowy Kamil poszedł na próbę wywiadowcy, natomiast zastępowy Kuba zdobywał sprawność mistrzowską Przyroda i w ten sposób z obozu wybył cały mój zastęp z wyjątkiem mnie, więc miałem wolną chatę, a właściwie wolną platformę.
Następnego dnia po południu rajdowcy wrócili. Dzień upłynął na depionierce, sprzątaniu i pakowaniu. We wtorek, na apelu kończącym, nasz dotychczasowy drużynowy, Leszek Piątek, został zastąpiony przez Piotra „Kendziora” Kendzierawskiego. Mój brat i zastępowy przeszedł do kręgu wędrowników, ja zostałem powołany do kontynuacji jego dzieła, natomiast Kamil, czołowy, został powołany do tworzenia w Opolu nowego zastępu. Około południa wyjechaliśmy z obozu. Pierwszym przystankiem autokaru była zatoczka niedaleko mojego domu.
I tak wracamy do początku tej opowieści. Autobus znika za zakrętem i zostają tylko wspomnienia. Tak właściwie to aż wspomnienia. Z ognisk (swoją drogą chyba się jeszcze nie chwaliłem, że wygraliśmy ekspresję, więc się teraz pochwalę) na których zwłaszcza zapadła mi w pamięć rola ciągnika rolniczego Władimirec T-25, z wart, z atakowania „Skały”, z chodzenia po Janowicach o 2 w nocy, z setek miejsc i sytuacji. Tak – to wszystko się potem wspomina z wielką przyjemnością… Najlepsze jest to, że to wcale nie jest koniec. To dopiero początek!

Reklamy